Singielka docenia szczerość

Kiedy Singielka była sama rozumiała istotę szczerości pojmowaną ogólnie. Jednak te kilka zawodów, które ja spotkały, sprawiły, że stała się nieufna i przestała wierzyć ludziom. To w ogóle bardzo ciekawe, jak wszystkie nasze doświadczenia kształtują naszą osobowość, to kim obecnie jesteśmy. Wracając jednak do tematu, dopiero, gdy się zaangażowała i stoi na progu stworzenia trwałego związku, dociera do niej jak ogromną rolę odgrywa szczerość. Dlaczego? Bo do podstawa, bez której nie da się stałej i silnej relacji. O ile miłość jest mocnym budulcem, to potrzebuje również odpowiednich fundamentów, właśnie takich jak szczerość.

Oczywiście, można stworzyć związek, który będzie przepełniony kłamstwami. Można doskonale grać i ukrywać swoje oszustwa, tylko pytanie po co? Skoro stajemy się parą, bo kogoś kochamy, to chyba nie powinniśmy go ranić w tak perfidny sposób. Ja to wiem, Wy to wiecie, a na świecie i tak są ludzie, którzy tak postępują i będą postępować. Byleby jak najdalej od nich. Nigdy nie zrozumiem motywów nimi rządzących. W życiu zdarzają się różne sytuacje, uczucie okaże się tylko zauroczeniem, my się zmienimy, ale to nie powód, by przez to miał ucierpieć ktoś inny. Porozmawiać można zawsze, na tyle na ile to możliwe spróbować wytłumaczyć, ale człowiek to z natury stworzenie wygodnickie, lepiej kłamać, bo tak jest przecież łatwiej. Co z tego, skoro tylko na chwilę, kiedyś w końcu prawda ujrzy światło dzienne.

Szczerość jest tak cenna, dlatego, że głównie dzięki niej jesteśmy w stanie pokonać kryzysy. Singielka, która wchodzi w nowy związek, potrzebuje oparcia w drugiej osobie, ale nie tylko ona. Każdy powinien próbować otwarcie mówić o tym co czuje, o swoich potrzebach. To trudne, zwłaszcza jeśli nie zdążyliśmy się wcześniej dobrze poznać i zaprzyjaźnić. Poza tym, każda awaryjna sytuacja to ogrom emocji, które odbierają trzeźwość myślenia. Człowiek ze strachu, że zostanie zraniony, zachowuje się jak zwierzątko zamknięte w klatce – biega jak oszalałe próbując się wydostać, robiąc sobie krzywdę, a przy okazji również otoczeniu. Nie znam nikogo, kto by zawsze potrafił do wszystkiego podchodzić z opanowaniem, ale warto pamiętać, że wypowiedzianych słów nie da się cofnąć, a naprawienie ich skutków może być trudne, a konsekwencje w rezultacie zupełnie nie takie jak oczekiwaliśmy.

Miłość wymaga pracy. Nie jest czymś danym raz na zawsze, niepielęgnowana może uschnąć. Kiedy się tworzy związek, trzeba schować swoje egoistyczne pobudki do kieszeni. Jest się tandemem, trzeba współpracować, a to jest możliwe tylko wtedy, jeśli komuś naprawdę ufamy i wiemy, że możemy oczekiwać od niej szczerości. Singielka już to wie, a Wy?

Zabawa w ciuciubabkę

Szukanie idealnego faceta jest jak zabawa w ciuciubabkę, trudne i męczące, choć czasem potrafi dawać niezłą frajdę. Dzieje się tak z jednej, jednak bardzo prostej i logicznej przyczyny – ideałów nie ma. I choć nie wiem jak bardzo będziemy sobie wmawiać, że gdzieś jest ktoś, kto doskonale wpisze się w nasze wymagania, to tylko jedna wielka bujda. A myśląc w ten sposób wyrządzamy sobie ogromną krzywdę.

Nikt nie każe nam jednak drastycznie obniżać swoich standardów. Histeryczne wiązanie się z pierwszym lepszym, kogo napotkamy też nie jest rozwiązaniem, jednak musimy pamiętać, że nikt z nas nie jest doskonały. Jesteśmy tylko ludźmi. Popełniamy błędy. Mamy gorszy dzień. Buzują w nas hormony. Nie radzimy sobie z problemami. Tutaj można wymienić wiele czynników, które choć trochę usprawiedliwią ten stan. Zmierzam do tego, że nie da się być herosem – idealnym w każdym calu.

Musimy się więc pogodzić, że nawet jeśli zaczniemy się spotykać z kimś, kto na początku będzie się wydawał nieskazitelny, to z czasem poznamy jego wady. Nie jest to od razu powód do zrywania znajomości. Raczej kwestia czy wady te są na tyle niefrustrujące i nieuciążliwe, że potrafimy je zaakceptować. Angażowanie się w związek z osobą, którą chcemy całkowicie zmienić jest chore. Bo jak można kochać człowieka, w którym wszystko nam przeszkadza? Takie toksyczne relacje nie sprawdzą się na dłuższą metę.

Pozostaje też kwestia jak często „bawimy się w ciuciubabkę” i czy po odniesionej porażce potrafimy zagrać po raz kolejny. Choć większość z nas pewnie ucieszyłaby się, gdyby znalezienie drugiej połówki było nieco łatwiejsze i gdyby ta pierwsza mogła być ostatnią, to jednak nie zawsze wszystko może iść zgodnie z naszym planem. W życiu już tak jest, że związki się rozpadają. Nie należy popadać w sceptyzm i od razu zakładać, że każdy związek kiedyś się kończy. No chyba, że mamy na myśli koniec ostateczny, wtedy się zgodzę, bo ja wierzę w miłość do grobowej deski, a może i dłużej.

Nieudane związki i cierpienie związane z ich końcem, a może i czasem nawet cicha ulga, choć początkowo odbierają nam zdroworozsądkowe myślenie, to z czasem stają się naszym bezcennym doświadczeniem, z którego warto by wyciągnąć jakiś morał. Inaczej wszystko co przeszliśmy wydaje się takie bezcelowe, jednak kiedy popatrzymy z szerszej perspektywy i wyłonimy wnioski na przyszłość, nawet cierpienie nabierze sensu. Rozstania są bardzo trudne, bo jak znów uwierzyć w miłość, jak zrozumieć, że coś co miało być na zawsze, było jednak tylko na chwilę, że czasem poszukiwania muszą potrwać dłużej niżbyśmy sobie tego życzyli… To skomplikowane pytania, na które każdy musi spróbować odpowiedzieć sobie sam, bo tak naprawdę wszystko zależy od nas i od tego czy zabawa w ciuciubabkę jest dla nas sama w sobie rozrywką czy może czymś, co ma doprowadzić nas do celu – znalezienia prawdziwej miłości.

Nie pytaj mnie o sens

„Nic co ma jakąś wartość nie jest łatwe” napisał kiedyś jeden z moich ulubionych pisarzy. Życie wiec musi mieć ogromną wartość skoro jest tak cholernie trudne. I choć jest w nim tyle pięknych momentów, to wystarczy kilka błędnych decyzji lub nawet zrządzeń losu zupełnie od nas niezależnych, by znaleźć się na samym dnie. I może rzeczywiście, nie ocenia się człowieka po ilości porażek, ale po tym ile razy jest się w stanie podnieść, ale przychodzi taki moment, że brak już sił by wstać. Co wtedy zrobić? Co zrobić kiedy na usta wciąż ciśnie się pytanie o sens tego wszystkiego. Gorzej, co zrobić kiedy traci się wiarę w jakikolwiek sens…

Bo jak możemy rozmawiać o sprawiedliwości, kiedy widzimy chore dzieci, takie niewinne i bezbronne. Jak możemy o niej mówić, kiedy umiera ktoś tak szlachetny i dobry. Jak wytłumaczyć dzieciom, dlaczego rodzice ich porzucili. Jak dać im poczucie bezpieczeństwa i ufność w to, że są kochane i potrzebne. Przypadków wskazujących na jej brak można znaleźć tysiące. A jednak ona jest, chociaż nie mieści się w naszym rozumowaniu, chociaż nie możemy tego wszystkiego pojąć, chociaż czasem tracimy nadzieję. Po prostu czasem nie wszystko możemy zobaczyć, ale coś, co jest niewidoczne dla oczu musimy próbować przyjąć sercem.

I kiedy upadam po raz setny i klęcząc próbuję dźwignąć się z kolan i kiedy myślę, że to ostatni raz, że będzie lepiej, że wszystko się ułoży, upadam kolejny raz. I jestem niemal pewna, że już koniec, że nie dam rady, ale wbijając pazury w ziemię niczym dzikie zwierzę, próbuję się odepchnąć i znów wstać, bo to jest właśnie życie. Nieustanna walka o to, by choć przez chwilę było dobrze. I nie pytaj mnie o sens, bo choć sama nie wiem gdzie on jest, to głęboko wierze, że w ogóle jest.

Singielka – druga strona medalu

Wielokrotnie w tym cyklu broniłam singielek i singli, tłumacząc, że nie można postrzegać ich stereotypowo i winić za to, jak układa im się życie i jakich wyborów dokonują. Zdania nadal nie zmieniłam. Bo wścibstwo, nawet to kontrolowane, nadal pozostaje wścibstwem. Jednak jak już wielokrotnie powtarzałam, nic nie jest czarne ani białe. Istnieje więc druga strona, inny punkt widzenia, któremu również warto się przyjrzeć.

Tym razem chciałabym się zastanowić nad tym, jak postrzeganie singli przez społeczeństwo jest powiązane z tym jak oni postrzegają siebie samych. Jak wiadomo, już dawno przestarzały punkt widzenia zakłada, że nie ważne z kim, byleby z kimkolwiek być. Jest to tak bezsensowne założenie, że szkoda go nawet analizować. Po pierwsze bycie samemu nie oznacza bycia samotnym, a po drugie bycie z kimś nie wyklucza bycia samotnym. Różnica stanów sam i samotny jest dosyć spora. Ja nadal wierzę, że można być szczęśliwym nie będąc w związku. Jednak te dwa stany nie wykluczają się, bycie samemu może w niektórych przypadkach doprowadzać do samotności. Pozostaje więc dowiedzieć się w jakich przypadkach i jak temu zapobiegać.

Mam wrażenie, że z postrzeganiem samych siebie jest trochę jak z błędnym kołem. Jeśli single są zadowoleni ze swojego życia, to społeczeństwo, choćby w niewielkim odsetku, zauważa, że bycie samemu nie oznacza bycia nieporadnym. Jeśli natomiast single nie do końca dobrze czują się ze swoim statusem, otoczenie również to dostrzega, ale jeśli otoczenie nadmiernie krytykuje singli, to oni automatycznie mogą czuć się źle z sytuacją obecnie panującą w ich życiu. Wygląda to na pogmatwane, ale tak naprawdę to banalnie proste. Przynajmniej w zrozumieniu, bo jak wiadomo z wdrażaniem do rzeczywistości niestety bywa nieco gorzej. Recepta jest prosta i wciąż niezmienna. Nie warto przejmować się gadaniem innych. Niech się lepiej zajmą swoimi sprawami, wątpię żeby nie mieli żadnych problemów, a ich życie było doskonałe. Kiedyś, przejmowałam się słowami niektórych osób, może nawet niekoniecznie było mi smutno, ale wkurzałam się o nie, niezależnie od tego, czego dokładnie dotyczyły. Po pewnym czasie jednak, uświadomiłam sobie, że te osoby próbują odreagować na mnie swoje niepowodzenia życiowe. I dlaczego niby ja mam dać się poniżać i cierpieć z tego powodu, a nawet rezygnować ze swoich marzeń?  Być może cierpkie słowa skierowane do takich osób spowodują, że się obrażą, ale czy warto mieć w swoim najbliższym otoczeniu ludzi, którzy nam odbierają chęci do życia? Moim zdaniem – nie!

Zatem co należy robić żeby czuć się dobrze ze samym sobą? Jak już napisałam, nie należy zbytnio przejmować się tym, co mówią inni. Trzeba również postawić na pewność siebie i zdecydowanie. Skoro to jest moje życie, to ja mam w nim decydujący głos, a nie jakaś ciotka będąca żoną kuzynka wujka dziadka Zdzisia czy inną dziesiątą wodą po kisielu. Te zasady są na tyle uniwersalne, że dotyczą nie tylko życia osobistego, ale również wszelkich innych kwestii, w których ktoś próbuje nam coś narzucić, co jest totalnie sprzeczne z naszą wizją. Poza tym, trzeba wierzyć w siebie. Mimo niedoskonałości, które dotyczą każdego, mamy ogromną wartość i potencjał. Musimy jednak odkryć obszar do działania odpowiedni właśnie dla nas. Zresztą, satysfakcjonujące życie to jeden z gwarantów uśmiechu na naszych twarzach.

Istotną kwestią jest też jak definiujemy siebie, bo nie każda osoba nie będąca w związku jest singlem. Przynajmniej w moim rozumieniu tego słowa, bo singiel to ktoś, kto akceptuje ten stan rzeczy, być może jako stały, a może jako tymczasowy, który zmieni się, gdy odnajdzie odpowiednią osobę. Jednak nawet jeśli to osoba poszukująca, to świadoma tego, że bycie samemu nie oznacza dla niej jesieni średniowiecza w głębokiej depresji, smrodzie i zaniedbaniu. Natomiast drugą kategorią, która według mnie nie do końca łapie się na bycie singlem czy singielką jest czarna rozpacz, brak wiary, że można stworzyć swój szczęśliwy świat czy poszukiwanie na siłę, według zasady, o której pisałam na początku. To raczej akt desperacji czy objaw załamania, a nie podejście zdrowo myślącej osoby. Wiadomo, odnalezienie miłości, obdarowanie nią drugą osobę to magiczne chwile, jednak nie ma się co załamywać i cierpieć przez cały okres oczekiwań, a kto wie ile on może trwać. Lepiej nauczyć się samemu być szczęśliwym, by potem móc kogoś tym szczęściem obdarować.

Photos from: www.tapeciarnia.pl

Gra w karty

Życie jest przewrotne. Miesza, zaskakuje, czasem wzbudza lęk i niepokój. Zwłaszcza w tych momentach, w których stoimy na rozdrożu, nie wiedząc, w którą stronę pójść, co wybrać, czym się kierować. W życiu nie ma łatwych wyborów, wszystko niesie za sobą konsekwencje, których nigdy do końca nie będziemy w stanie przewidzieć. To jednocześnie fascynujące i przerażające, bo może nas czekać tyle niespodzianek, które nas tak pozytywnie zaskoczą, ale i mnóstwo przeciwności, których nie będziemy się spodziewać, a one pojawią się znikąd.

Jak więc decydować, co wybierać? Na to nie ma i nie było gotowej odpowiedzi. Z jednej strony chciałoby się powiedzieć: kieruj się rozsądkiem, z drugiej czy to zawsze jest dobra motywacja? Jedno co pewne, niektóre sprawy układają się niezależnie od nas i tego co byśmy sobie życzyli. To w sumie dobrze, bo czasem dzięki temu przytrafiają nam się wspaniałe rzeczy, które nie mieszczą się w naszym wyobrażeniu, ale kiedy się staną wydają się takie oczywiste i właściwe, że nie możemy uwierzyć, że wcześniej na to nie wpadliśmy. Nie bez powodu mówi się, że najciemniej jest pod latarnią. Jednak do niektórych rzeczy trzeba po prostu dojrzeć. Nie zauważamy ich wcześniej, bo może po prostu nie jesteśmy na nie gotowi… Dopiero kiedy przychodzi odpowiedni moment, dostrzegamy ich prawdziwą wartość.

Na czym więc polega życie, na szukaniu takich momentów? Pewnie po części tak, ale wydaje mi się, że to bardziej bycie gotowym na niespodziewane. Tak naprawdę za wszelką ceną próbujemy stworzyć sobie bezpieczny świat, bo boimy się gwałtowności, zmian, czegoś co jest dla nas nieznane, co odbierze nam poczucie stabilizacji. Jednak przecież tak się nie da. Te czynniki wpisane są w naszą codzienność. Musimy podejmować decyzje, mierzyć się z wątpliwościami, trochę błądzić po omacku, bo nigdy nie wiadomo jak to się wszystko później potoczy. Póki się z tym nie pogodzimy, póty nie będziemy potrafili odnaleźć się w takich sytuacjach.

Życie nigdy nie odkryje przed nami swoich kart do końca, pytanie tylko w jakim stopniu opanujemy zasady tej gry i  będziemy wygrywać mimo niekorzystnych tasowań. Poza tym, przede wszystkim musimy nauczyć się korzystać z własnego doświadczenia, a nie bezrefleksyjnie pozwalać by wszystko toczyło się obok nas. Musimy nauczyć się funkcjonować sami ze sobą. Wybaczać sobie błędy, stawiać wyzwania, próbować rozumieć czemu rządzą nami takie, a nie inne emocje. Nigdy nie będzie idealnie. Nie da się przejść przez życie tak żeby było gładkie i błyszczące. Zawsze pojawia się jakaś skaza, niedopatrzenie, moment, w którym popełniamy głupstwo, bo nie potrafimy nad sobą zapanować. Tego nie unikniemy. Największy sukces, to chyba móc spojrzeć w lustro i powiedzieć: „cieszę się, że jestem taką osobą, mimo wad i błędów lubię siebie”. To nie egoizm, tylko akceptacja, bo jak móc pozwolić innym lubić nas, skoro nawet my nie lubimy siebie?

Photo from: www.tapeciarnia.pl

Kiedy Singielka przestaje być Singielką

Nadchodzi w życiu taki moment, kiedy singielka przestaje być singielką i zaczyna tworzyć związek. I co teraz? Jak przyzwyczaić się do nowej sytuacji, nauczyć funkcjonować na zupełnie innych zasadach… Zazwyczaj proces ten przebiega niezwykle naturalnie i płynnie. Choć zdarzają się burzliwe sytuacje, w których trzeba dać sobie trochę czasu, zanim para się dotrze. Ten felieton nie będzie o tym jak singielka ma poradzić sobie w związku, bo to każda musi wypracować sama, ale o tym, jak zmienia się nasza mentalność.

Wspominałam już kiedyś o tym, że szczęśliwa singielka ma większe szanse na szczęśliwy związek. Wiąże się to z akceptacją siebie. Jeśli kobieta czy też mężczyzna traktują bycie z kimś jako przepustkę do lepszego życia, bardzo prawdopodobne, że się rozczarują. To tak nie działa. Problemy nie znikną, ale związek umożliwia coś, co pomoże je przetrwać, mianowicie wsparcie drugiej osoby. Nie oszukujmy się, żeby radzić sobie jako singielka, trzeba być silną i zdeterminowaną. Nie tylko po to, żeby nie przejmować się docinkami ze strony innych, ale głównie po to, aby zmagać się z codziennością. No właśnie, o to w dużej mierze chodzi. Gdy zaczyna się nowy związek, zmienia się postrzeganie codzienności, bo jest ktoś obok, ktoś na kim można polegać, kto kocha i kogo chce się uszczęśliwić.

Wszystko wydaje się takie proste. O co wiec się czepiam? Jest jeden mały szczegół, który może zaburzyć przeżywanie tej radości. Czasem zdarza się tak, że szczęście nas pochłonie do reszty i zapominamy jak to było wcześniej. Nagle stajemy się ekspertami od związków, udzielamy wszystkim w koło rad, usilnie się chwalimy, że mój chłopak to i tamto. A co najgorsze zapominamy, że same niedawno byłyśmy singielkami i teraz patrzymy na nie z góry, bo nam się udało, wygrałyśmy los na loterii, jesteśmy lepsze. Czy aby na pewno? Nikt nie powiedział, że to co jest nam raz dane, nie może być później odebrane. Brzmi strasznie, ale taka jest rzeczywistość. Jak śpiewał Happysad „miłość to nie pluszowy miś, ani kwiaty, to też nie diabeł rogaty (…) ale miłość kiedy jedno spada w dół, drugie ciągnie ku górze”.

Na tym polega życie, na współpracy, wzajemnym zrozumieniu, rozmowie. No właśnie, to ostatnie jest tak ważne, a tak często pomijane. Łatwiej jest przemilczeć, ze wkurzyliśmy się o coś, było nam przykro, ale to nie zaowocuje w przyszłości. Lepiej o tym pogadać, jasno powiedzieć co nam nie pasuje, co jest nie tak. Ja wiem, że to trudniejsza droga, tylko że jedyna, która ma sens. Jak mamy budować coś trwałego, skoro obrażamy się na siebie, nie umiemy dojść do porozumienia, traktujemy druga stronę jako… no nie wiem wroga? Przecież to nie ma większego sensu. Po co tłamsić w sobie emocje, lepiej pokrzyczeć, pozłościć się, a potem pogodzić. Przynajmniej sytuacja jest jasna, zależy nam na sobie, a nieporozumienia wpisane są w ludzką codzienność.

Jednak to przykre, kiedy singielka przestaje być singielką i przechodzi na przeciwną stronę barykady. Przecież można być z kimś i jednocześnie pamiętając jak to było kiedyś nie powielać stereotypów związanych z życiem w pojedynkę. Można traktować swoje koleżanki singielki z szacunkiem, bo znalezienie faceta, to nie jest sukces na miarę lotu na Księżyc, to po prostu kolejny etap w naszym życiu, miejmy na dzieję, że taki na stałe. Chyba, że ktoś rzeczywiście ma paskudny charakter, to może traktować to jako cud. To, że ktoś jeszcze nie jest na  tym etapie, nie oznacza, że jest gorszy. Po prostu jego życie biegnie innym torem. Może warto wreszcie to sobie zakodować. Wszystkim nam byłoby łatwiej. Żeby być szczęśliwym niezależnie od stanu cywilnego trzeba nauczyć się bycia otwartym na świat i niespodzianki, które przynosi los.

 

Photo from: www.tapeciarnia.pl

Wielkanoc

Z okazji Wielkanocy składam Wam najserdeczniejsze życzenia. Zdrowia, pogody ducha i uśmiechu na co dzień. Odpoczynku od codziennych obowiązków w gronie najbliższych, duuuuużo miłości i rodzinnego ciepła, energii do spełniania marzeń, a także mokrego Śmingusa-Dyngusa. Wesołych Świąt!

Photo from: www.tapeciarnia.pl

Wiosenne porządki

Wiosna to czas porządków. Sprzątamy nasze domy, myjemy okna, odkurzamy, przeglądamy naszą garderobę. Często kupujemy sobie nawet najmniejszy drobiazg, by wprowadzić trochę świeżości do naszych mieszkań. Jednak w tym okresie warto również pamiętać o zmianach w sposobie myślenia.

Wiosna od zawsze kojarzy się z kolorem zielonym. Głównie ze względu na jej barwy. Zieleni się trawa, na drzewach pojawiają się zielone pąki, ale to nie wszystko. Zielony to również nadzieja, przyroda budzi się do życia, wszystko się zmienia. Zaczyna robić się ciepło i odnajdujemy w sobie nowe pokłady energii. Warto więc wykorzystać ten czas, by wprowadzić w swoim życiu trochę zmian. Nie muszą do być gwałtowne rewolucje, ale powiew świeżego powietrza przyda się każdemu.

Powinno się wykorzystać tę świeżość i energię i spożytkować ją w jak najlepszy sposób. Tylko co to oznacza? Na pewno to, że trzeba opuścić swoją bezpieczną skorupkę. Najczęściej brakuje nam odwagi do podejmowania jakiś nowych wyzwań. Boimy się porażki, a przecież to one dają najbardziej owocne lekcje życia. Myśląc w ten sposób, omija nas wiele rzeczy. Wiosna ma w sobie coś takiego, że dodaje pewności. Razem z naturą budzimy się również my. Zima, zwłaszcza jej koniec, działa często demotywująco. Tęsknimy za słońcem, za jego ciepłymi promieniami. Znajdujemy się w stanie takiego marazmu, zawieszenia. A potem pojawiają się pierwsze kwiaty, niebo się przejaśnia i od razu jakoś bardziej chce się żyć.

Tę motywację można wykorzystać na wiele sposobów. Po pierwsze, spróbować czegoś nowego, o czym być może marzyliśmy, ale nie było na to czasu, pieniędzy, odwagi. Warto spełniać swoje marzenia, nie wolno się tego bać. Możemy naprawdę wiele zyskać. To dobry czas by powiedzieć sobie: „Dam radę! Spróbuję!” Bo niby dlaczego nie? Nikt nie gwarantuje od razu sukcesu, ale nowe doświadczenia i ciekawe wrażenia na pewno. Po drugie, musimy pozbyć się tego, co nas blokuje przed szczęściem. Najczęściej są to jakieś demony przeszłości. Dobrze byłoby uporać się z nimi. Wiem, że to bardzo trudne, ale najlepszym sposobem będzie akceptacja tego co było. Musimy pogodzić się z przeszłością, nawet jeśli sprawiała nam ból i zacząć żyć teraźniejszością, bo może spotkać nas jeszcze wiele wspaniałych chwil, a my niepotrzebnie blokujemy się przed nimi.

Zatem otwieramy szafę naszego umysłu, pakujemy z niej niepotrzebne szpargały i zostawiamy miejsce dla nowych przygód. Pozwalamy sobie na szczęście, bo co z tego, że ono jest tak blisko, skoro my zdajemy się go nie zauważać. Cieszmy się z drobnych sukcesów i otwierajmy się na te większe. Wyłaniamy się z szarości i gramy w zielone!

 

Photo from: www.tapeciarnia.pl